Wyzwanie 10x10 - letnia edycja

Już po raz drugi biorę udział w wyzwaniu Doroty z bloga Kameralna. Zasady wyzwania są dość proste - przez dziesięć dni nosimy jedynie dziesięć sztuk ubrań (okrycia wierzchnie się nie liczą, za to buty już tak). Poprzednią – a jednocześnie pierwszą – edycję wyzwania, w której brałam udział, wzięłam bardzo na poważnie. Usiadłam z kartką, rozpisałam sobie wszystkie dni po kolei i bardzo starałam się tej rozpiski trzymać. Tym razem było inaczej. Decyzję o wzięciu udziału w wyzwaniu podjęłam, spędzając weekend w Berlinie. Postanowiłam faktycznie sprawdzić swoją szafę w praktyce bez zbędnego nienaturalnego planowania.

Efektem ubocznym spontanicznego działania było z pewnością to, że zamiast dziesięciu ubrań, w wyzwaniu wzięło udział tylko osiem sztuk. Okazało się, że więcej nie potrzebuję ;)

 

 

Ubrania, które wzięly udział w wyzwaniu:

Granatowa sukienka – uszyta w latach 50. na podlaskiej wsi. Pierwszą jej właścicielką była moja Babcia. O sukience nigdy nie udało mi się dowiedzieć zbyt wiele. Mam nadzieję, że wkrótce się to zmieni.

Sukienka w kraby – bardzo przypadkowa rzecz w mojej szafie. Powstała w czasie jednej z wizyt w ulubionych sklepie z materiałami. Od krabów nie mogłam oderwać oczu. Dopiero potem zorientowałam się, ze obok krabów widnieje też logo Roberto Cavalli. Tak dowiedziałam się o tego typu zabiegach.

 

 

Brązowa sukienka – sukienka bez historii, kupiona w lumpeksie. Wiem tylko tyle, że wykonana została w Wielkiej Brytanii z wiskozy.

Czarna koszulka – pożyczona od Mamy, pochodząca zapewne z jakiejś sieciówki. Towarzyszy mi w oczekiwaniu na przesyłkę z Bialconu (wreszcie przyjdą przyzwoite czarne topy).

 

 

Czarna spódnica – identyczną – uszytą w latach 80. – nosiła kiedyś moja Mama, potem ja, ale czymś ją poplamiłam. Krawcowa uszyła mi identyczną na wzór starej spódnicy.

Czarny żakiet – kolejna rzecz szyta przez krawcową. Mam go już dosyć długo. Powstał jeszcze w czasach, kiedy żakiety nosiłam na co dzień. Teraz chodzę w nim najczęściej do pracy.

 

 

Bluza – największe odkrycie tego wyzwania. W Rosji było za zimno, by móc ją przetestować. Rodzaj materiału (wiskoza) i jego forma (drobna siatka) sprawiają, że jest to idealne okrycie w upalne dni i zapewni mi – co często słyszę od znajomych – efekt moskiewskiej opalenizny (tak, jestem biała).

Espadryle – wykonane oczywiście w Polsce. Spędziłam w nich wszystkie cieplejsze dni przez ostatnie dwa i pół roku. Teraz zamówiłam kolejne, dokładnie takie same, tylko w kolorze odpowiednim do pracy. Nie wyobrażam już sobie, żebym miała wrócić do sandałów.

 

 

Podsumowanie

  1. O ile poprzednim razem (a było to w lutym) czułam się bardziej wyluzowana, mając niewielki wybór ubrań, o tyle tym razem byłam dosyć poirytowana. Co się zmieniło? Pogoda. Góry szły do prania po jednym założeniu i cały czas miałam z tyłu głowy, że trzeba zdążyć z praniem, bo co ja założę i nie będzie to zgodne z zasadami, i co to będzie. Wdech – wydech. Trochę mnie to irytowało.
  2. Niby nic wielkiego, ale w końcu przetestowałam siateczkową bluzę kupioną w lumpeksie. Kolega, z którym robiłam wtedy zakupy, bardzo namawiał mnie do kupna, a ja zwyczajnie nie wiedziałam, czy będę ją nosić. Teraz już wiem. Będę.
  3. Bluza ta uświadomiła mi też, jak bardzo na przestrzeni ostatnich lat zmienił się mój sposób ubierania latem. Kiedyś oczywistym było spędzenie tych dwóch – w porywach do trzech – miesięcy w kusej bluzeczce i japonkach. Trochę się zmieniło – bluzki na ramiączkach noszę teraz głównie po domu (choć w czasie upałów wyszłabym w niej na ulice, odkrytemu pępkowi mówię za to stanowcze nie), japonki – na basenie. Na co dzień opuszczam teraz dom w sukienkach z krótkim rękawkiem i espadrylach. Niezależnie od tego, czy biorę udział w wyzwaniu.
  4. Uwaga: oszukiwałam! Żeby nie było, że nic nie mówiłam. Któregoś z ostatnich dni trwania wyzwania Szczecin nawiedził deszcz. Wielka obrzydliwa ściana deszczu. Espadryle umarły i schły kolejne 3 dni, a ja wrócilam do domu w butach mojego chłopaka (jedynie o cztery rozmiary za dużych). W następnych dniach chodziłam w butach Mamy i nie byłam zachwycona.

 

 

Dajcie mi koniecznie znać, czy braliście kiedyś udział w jakimś minimalistycznym wyzwaniu i co o nich myślicie. Miłego weekendu Wam życzę!