Girlboss (2017)


Po mojej niedawnej przygodzie z maratonem filmów o Coco Chanel, dość sceptycznie podchodzę do filmów o modzie innych niż dokumentalne. Przed obejrzeniem "Girlboss" zadałam sobie dwa pytania:

 

- czy jest szansa, że czegoś się dowiem?

- czy stopień fabularyzacji nie zabierze mi całej przyjemności z obejrzenia tego serialu?

 

Prawdę mówiąc, dowiedziałam się niewiele. Jeśli szukasz informacji o historii Nasty Gal, nie będzie to serial dla Ciebie. Sophie Amoruso – założycielka firmy – brała udział w pracy nad scenariuszem, z pewnością miała więc duży wpływ na sposób przedstawienia głównej bohaterki. Serialowa Sophie jest wredna, kradnie po sklepach, nie szanuje swojej jedynej przyjaciółki. Konsekwencje? W serialowym świecie Girlboss konsekwencje w zasadzie nie istnieją. Ostatecznie i tak wszyscy Sophie wybaczą i będą chcieli pomagać dalej.

 

Niewątpliwym plusem serialu - w kontekście przyjemności oglądania - jest podróż do roku 2006. Jak się wtedy ubieraliśmy? Jakiej muzyki słuchaliśmy? Co jedliśmy? Jak mieszkaliśmy? W przejaskrawiony i wyidealizowany sposób pokazane jest pierwsze dziesięciolecie XX wieku w wydaniu amerykańskim.

 

Taka też jest ta historia - american dream, od pucybuta do milionera. Od zadłużonej Sophie z problemem z przepukliną do szefowej. Jak kończy się ta historia, wiemy zapewne wszyscy - jakiś czas temu wyszło na jaw, że Nasty Gal ma problemy finansowe, szefowa nie najlepiej traktuje swoich pracowników, a przyszłość firmy nie będzie tak różowa jak okładka książki napisanej przez Sophie Amoruso.

 

W rzeczywistości serialowej Sophie otwiera własną stronę internetową i wyprzedaje z niej wszystko w kilka godzin. Jak dalszy ciag historii zostanie przedstawiony w serialu? Tego nie wiemy, ale biorąc pod uwagę ostatnie wydarzenia, na pewno ciekawie będzie oglądać historię, której już teraz jesteśmy świadkami. Na pewno chętnie obejrzę drugi sezon w czasie ewentualnego przeziębienia, niesprzyjającej aury czy zwykłego lenia.