Jakiś czas temu na Facebooku zapytałam Was o to, co byście powiedziały, gdybym przetestowała kilka par rajstop. Dziękuję Wam za tak żywą reakcję i melduję się z planem działania. Planuję przetestować dziesięć par rajstop z ośmiu różnych firm.


Czemu zdecydowałam się na przeprowadzenie testu?

Od paru lat chodzę jedynie w sukienkach i spódnicach, rajstopy przez większość roku noszę więc codziennie. Dotychczas nosiłam rajstopy tylko jednej firmy – produkującej oczywiście w Polsce – Gatta. Sądząc po komentarzach, które zostawiłyście na fanpage’u Moinob, u Was sprawa ma się podobnie. Pomyślałam, że fajnie byłoby rozejrzeć się po ofercie innych firm.

Kryteria wyboru:

Od razu odpadały rajstopy produkowane poza granicami Europy. Wspieram firmy produkujące lokalnie, a przynajmniej na tyle lokalnie, jak to tylko możliwe.

Jakie są ceny rajstop, które wybrałam?

Najtańsze kosztowały 8,7 zł, natomiast najdroższe – 17 euro (ok. 75 zł).

Co jest dla mnie najważniejsze?

Przede wszystkim zwracam uwagę na to, jak wytrzymałe są dane rajstopy. Właśnie po to poświęcam teraz czas na przetestowanie dziesięciu par, by później rajstopy kupować rzadziej. 

Lista rajstop:

Adrian
60 DEN – 14 zł – poliamid 78% elastan 22% – wyprodukowano w Polsce

FiORE
60 DEN – 11,5 zł – poliamid 95,2 % elastan 4,8 % – wyprodukowano w Unii Europejskiej

Gabriella
40 DEN – 9,4 zł – poliamid 85% elastan 15% – wyprodukowano w Polsce
60 DEN – 11,7 zł – poliamid 85% elastan 15% – wyprodukowano w Polsce

Gatta
100 DEN – 14 zł – poliamid 95% elastan 5% – wyprodukowano w Polsce

Knittex
40 DEN – 8,7 zł – poliamid 94% elastan 6% – wyprodukowano w Polsce
60 DEN – 11,3 zł – poliamid 94% elastan 6% – wyprodukowano w Polsce

Marilyn
40 DEN – 14,9 zł – poliamid 80% elastan 20% – wyprodukowano w Polsce

Mona
60 DEN – 14 zł – poliamid 93% elastan 7% – wyprodukowano we Włoszech

Wolford
70 DEN – 17 euro – poliamid 94% elastan 6% – wyprodukowano w Austrii

Jak będę testować?

Każdą z par planuję nosić przez tydzień i codziennie wieczorem prać ją ręcznie. Ceny są bardzo różne, składy prawie identyczne. Chcę odpowiedzieć więc na pytanie, czy te rajstopy czymkolwiek się różnią i które ceny wydają się być rozsądne.

Bez Was nie dam rady!

Na Facebooku pisałyście mi, że większość z Was ma doświadczenia z rajstopami z Gatty. A może znacie też inne firmy wymienione w zestawieniu? Dawajcie znać – czy to w komentarzach, czy pisząc maila na Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.. Wszystkie opinie wezmę pod uwagę, publikując wyniki testów na początku marca ;)

Marzenia się spełniają! Raptem pięć miesięcy temu wróciłam z Moskwy, a już przedwczoraj dowiedziałam się, że w przyszłym roku znowu przez jakiś czas zamieszkam w pałacu kultury (niewtajemniczonych zachęcam do kliknięcia tutaj).


Dopiero teraz przyszło mi do głowy, że nie zrobiłam jeszcze żadnego podsumowania mojego wyjazdu. Ciekawi, co robiłam w Moskwie? Zapraszam!


1. Każdy weekend spędzałam w Muzeum Mody

Z racji tego, że sama pracuję w muzeum, większość wystaw omijam szerokim łukiem. Moja miłość do moskiewskiego Muzeum Mody była jednak silniejsza. Widziałam tam każdą wystawę pokazywaną na przestrzeni tych czterech miesięcy, byłam też na prawie każdym wykładzie o historii mody. Taka masa bodźców pomogła mi bardziej krytycznie podejść do tego, jak modę się bada i jak się o niej mówi. Jedną z takich analiz podzieliłam się z Wami tutaj.

2. Dostałam zaproszenie na moskiewski tydzień mody

Dowiedziałam się też, że zaproszenie na pokaz bez problemu można dostać w butiku projektanta – przynajmniej tak było w tym przypadku. O samym pokazie pisałam tutaj.

3. Wystąpiłam na kanale „Filosofskoe mnienie”

Było o o tyle stresujące, że pierwszego wywiadu po rosyjsku udzieliłam, jeszcze zanim przeprowadziłam pierwszy wywiad w tym języku. Jak mi poszło – możecie dowiedzieć się tutaj. W czasie pobytu w Rosji jeszcze wcześniej, bo już w marcu, udzieliłam pierwszego w życiu wywiadu. Tym razem po polsku. Poniekąd dzięki temu udało mi się poznać Anię Fit, a naszą rozmowę możecie przeczytać tutaj (cz. 1 i cz. 2).

4. Kupiłam 25 kg książek (i nie żałuję)

Na swoje usprawiedliwienie powiem tylko, że znalezienie w Europie rosyjskich książek związanych z modą praktycznie graniczy z cudem. A tego czyniu nie tylko nie żałuję, ale mam też upatrzoną księgarnię do której wejdę i powiem „Dzień dobry, poproszę wszystko”. Jakie to będzie piękne!

5. Przeprowadziłam wywiad z Liudmiłą Aliabiewą (i wkrótce go opublikuję)

To akurat trochę niewypał – wywiad od czerwca leżał zgrany na komputer i modlił się o moją uwagę, ale tak, już, wiem, pamiętam. Niedługo opublikuję wywiad z redaktor naczelną rosyjskiego wydania magazynu Fashion Theory.

6. Poznałam Aleksandra Wassiliewa

Jadąc do Moskwy, miałam ogromną nadzieję, że uda mi się pana Wassiliewa zobaczyć. Dużo o nim słyszałam, choć nie wiedziałam, że jest aż tak populany (w Rosji znają go naprawdę wszyscy). Dzięki kilku zrządzeniom losu, udało mi się jednak porozmawiać z nim w czasie wernisażu wystawy „Moda i rewolucja” (pisałam o niej tutaj) i namówić pana Wassiliewa na wystąpienie w moim podcaście – odcinek ten znajdziecie tutaj.

7. Dużo zwiedzałam

Choć paradoksalnie nie byłam ani na Kremlu, nie widziałam cerkwi Wasyla Błogosławionego od środka, nie byłam też w mauzoleum Lenina. Za to bardzo dokładnie zwiedziłam GUM (relacja tutaj) i przeszłam dziesiątki sklepów, by dowiedzieć się, gdzie ubierają się Rosjanie (tutaj wrażenia z pewnej sieciówki)

Do tego dochodzi jeszcze masa „projektów” niedokończonych, o których na pewno opowiem Wam w przeciągu następnych miesięcy. Mam zasadę, że o „projektach” opowiadam tylko w czasie przeszłym, więc tym bardziej cieszę się, że uda mi się je dokończyć.
Powiem szczerze – wyjazd do Moskwy to najfajniejszy (i w dodatku zero waste) prezent mikołajkowy, jaki w życiu dostałam. A Wam co przyniósł Mikołaj?

 

Wraz z falą mody na minimalizm, organizację, redukcją przedmiotów itd. przyszła też moda na przeglądy szafy. Nie da się ukryć, jest to przecież najbardziej oczywisty pierwszy krok ku... No właśnie - jaki jest cel tego całego zamieszania?

Mam wrażenie, że panuje jakieś złudne przekonajie, że da się wysprzątać i przeorganizować szafę raz na zawsze. Raz wyrzucić to, czego już nie nosimy. Raz wymienić zawartość garderoby na nową. Nigdy do tematu nie wrócić.

Organizowanie szafy to proces

Najbardziej zauważam to u siebie na przykładzie butów. O ile zdarza mi się nosić używane ubrania – sześćdziesięcioletnią sukienkę po Babci, ponad dwudziestoletnią kurtkę Mamy i masę rzeczy z lumpeksu – o tyle w przypadku butów zupełnie to nie działa. Nigdy nie miałam na nogach używanych butów, a jedna para – noszona regularnie – starcza mi na jakieś dwa lata. Żadna siła wyższa, żadne pieniądze, żadna pielęgnacja i regularne chodzenie do szewca nie sprawią, że jako wesoła staruszka będę przemierzać świat w butach, w których w weekend byłam na spacerze, w poniedziałek na zajęciach, a we wtorek w pracy.

Buty nie są żadnym wyjątkiem

Zdarzają się również dziury w skarpetkach, których nie da się zacerować, plamy na bluzkach, które żadną siłą nie schodzą, a mole czasami wyżerają nam dziury w wełnianych płaszczach. Jak bardzo oszczedne, przyjazne środowisku, kojące skołataną duszę by takie noszenie ubrań nie było, jest ono niestety niemożliwe.

Jaki z tego morał?

W gąszczu sprzątania, porządkowania i organizowania, szepnijmy sobie czasem cicho – nie spinajmy się. Nasza szafa – podobnie jak np. biblioteczka – to miejsce, w którym zachodzą nieustające zmiany. Wyobrażasz sobie do końca życia nie pozbyć się żadnej książki z tych, które leżą teraz na Twoim regale? Albo jeszcze gorzej – już nigdy nie kupić żadnej nowej książki?

Ja tak nie chcę. Nie potrzebuję ortodoksynego minimalizmu, wegetarianizmu, zero-waste i setek innych rzeczy, z którymi w formie podstawowej w gruncie rzeczy się identyfikuję. Raz na ruski rok zjem rybę, lubię mieć dużo książek i nie wyrzuciłam z domu wszystkich plastikowych przedmiotów tylko dlatego, że przeczytałam książkę ”Życie zero waste” (bardzo dobrą swoją drogą).

Korzystajmy z otaczających nas zjawisk w takim stopniu, który nam odpowiada. Zero też nie zawsze znaczy zero. Nie oceniajmy innych dlatego, że myją zęby plastikową szczoteczką. A wszystkim będzie żyło się lepiej.

25 listopada obchodzimy Dzień bez zakupów. Kiedyś myślałam, że nie da się nie kupować. Czy to sukienka z Zary, czy kawa z automatu – każdego dnia mój portfel opuszcało przynajmniej parę groszy. Dzisiejszy dzień ma zachęcać nas do refleksji nad tym, czym mogą być dla nas zakupy i czy muszą być elementem życia codziennego.


Czym niekupowanie jest dla mnie?

Oszczędnością pieniędzy
Drobne sumy kumulują się w większe, które dają mi komfort wydawania na to, co faktycznie mnie uszczęśliwia. Kupuję rzadziej, ale sensowniej.

Ukłonem w stronę ochrony środowiska
Zakupy to w większości przypadków również i opakowania – dodatkowe folie, plastiki, wstążeczki i inne cudawianki. Nawet przy założeniu, że dążymy do życia w stylu zero waste, to i tak nie unikniemy tego, że do produkcji naszych zakupów potrzebna jest masa wody i energii. Redukowanie ilości zakupów ogranicza również produkcję odpadów.

Czego nie kupuję?

1. Ubrania z sieciówek
O szczegółach i powodach podjęcia tej decyzji pisałam wielokrotnie. M.in. tutaj.

2. Spodnie
W tym przypadku nie była to jakaś nagła decyzja. Zauważyłam zwyczajnie, że moje nogi lepiej wyglądają w czarnych rajstopach i tak już zostało.

3. T-shirty
Była to konsekwencja rezygnacji z noszenia spodni. Nie udało mi się nigdy sensownie połączyć żadnej posiadanej przeze mnie spódni y, więc przestałam je kupować.

4. Ołówkowa spódnica
To nic osobistego, ale podobnie jak biała koszula raczej nie pasuje do mojego stylu życia. O ile jednak koszulę na wszelki wypadek zostawiłąm, o tyle ze spódnicą żegnam się na dłużej, o ile nie na stałe.

5. Szpilki nude
Podobno powinna je mieć w szafie każda kobieta, bo optycznie wydłużają nogi. Nogi muszą być wtedy jednak gołe lub odziane w cieliste rajstopy. Nie jestem jednak hollywoodzką gwiazdą, a cieliste rajstopy uważam za najbardziej pokraczny wynalazek ludzkości. Dlatego też szpiki nude odpadają.

6. Naturalne futra
Nigdy nie miałam ani futra, ani żadnego dodatku futrem wykończonego. Nie zrozumiem, dlaczego nosi się takie rzeczy, skoro powstało tyle alternatyw. Nie kupuję, bo mam wybór.

7. Skórzane ubrania i akcesoria
Było to u mnie konsekwencją tego, że od paru lat nie jem mięsa. Pomyślałam, że skoro nie jem mięsa, bez sensu byłoby nosić skórę zwierząt. Nie była to najprostsza decyzja, ale nie żałuję.

8. Okulary złej jakości
Okulary bez odpowiednich filtrów i atestów jedynie szkodzą anszym oczom. Jest ciemniej, więc źrenica się rozszerza, ale nie jest zabezpieczona przed działaniem promieni słonecznych. Taki zakup nie może skończyć się dobrze.

9. Ubrania z napisami
Dużą wagę przykładam do tego, jaki komunikat nadaje się poprzez strój. Nie wyobrażam więc sobie chodzić po świecie z wywieszonymi na sobie słowami, z którymi się nie identyfikuję. W mojej szadie zostaje tylko to,co faktycznie mnie wyraża.

10. Ubrania w jaskrawych kolorach
Kolega powiedział mi kiedyś, że jeśli coś nie jest czarne, szare, granatowe lub w kwiatki, to dla mnie nie jest to ubranie. Nie jestem chyba aż tak ortodoksyjna – czasem pozwalam sobie na jakieś szaleństwo w postaci brązu – ale dosyć konsekwentnie trzymam się swojej kolorystyki.

 


Żebyśmy tylko dobrze się zrozumieli. Nie namawiam nikogo do życia w lesie i wymieniania koszyka jagód na bukiet ziół (choć wymiany są super i regularne wymieniam domowy ocet na różne cuda. Jestem natomiast pewna, że dobrze jest mieć taką myśl z tyłu głowy, że nie musimy kupować codziennie.
Ja mam tę super moc, a Ty?

W poprzednim wpisie zaprosiłam Was w podróż przez XIX wiek z uwzględnieniem końcówki XVIII i początku XX wieku. Dzisiaj – tradycyjnie już – przyjrzymy się modzie tego okresu w praktyce.


1. Obrazy

Portret cesarzowej Elżbiety pędzla Franz Xaver Winterhalter (1865)
Elżbieta na obrazie ma na sobie suknię projektu Charlesa Fredericka Wortha. Winterhalter początkowo traktował portretowanie monarchów jako zajęcie poboczne, ale stał się ofiarą własnego sukcesu i do dziś kojarzony jest głównie z portretami.

Primabalerina Edgarda Degasa (1876-1877)
Przez ponad dwadzieścia lat pracy tancerki były najpopularniejszym tematem podejmowanym przez Degasa. Malował je w trakcie tańca, prób oraz wypoczynku.


Niedobrane małżeństwo autorstwa Wasilija Pukiriewa (1862)
Obraz przedstawia prawosławne zaręczyny młodej dziewczyny z dużo od siebie starszym mężczyzną. Sytuacja szalenie w tamtym czasie powszechna, nie tylko w Rosji


2. Filmy

 

„Przęminęło z wiatrem” (1939)
Reżyseria: Victor Fleming / kostiumy: Walter Plunkett
Scarlett – córka irlandzkiego emigranta – interesuje się głównie własnym zamążpójściem, wzdychając do Ashley’a, który bierze ślub ze swoją kuzynką Melanią. Świat Scarlett wali się, a w Stanach Zjednoczonych wybucha wojna secesyjna. „Przeminęło z wiatrem” to klasyka gatunku, wciągająca opowieść i obraz mody w okresie pełnym zmian.

„Anna Karenina” (2012)
Reżyseria: Joe Wright / kostiumy: Jacqueline Durran
Osiemnastoletnia Anna wychodzi za mąż za niejakiego Aleksieja Karenina, ale parę lat później na na jej drodze staje hrabia Wroński. Romans wywołuje skandal towarzyski, a ciąża Anny tylko dolewa oliwy do ognia. Wciągnająca historia bazująca na powieści Tołstoja, a dla osoby zajmującej sie modą masa informacji o strojach z tamtego okresu.

„Duma i uprzedzenie” (2005)
Reżyseria: Joe Wright / kostiumy: Jacqueline Durran
Charles Bingley – bardzo przystojny i bardzo bogaty – przybywa do Netherfield, wzbudzając zainteresowanie niezamężnych panien. Szczególnie zainteresowana jest nim pani Bennet, matka pięciu panien na wydaniu.

3. Współczesne nawiązania

 

 


XIX wiek – w kwestii kultury – najbardziej kojarzy mi się w powieściami. Jestem ciekawa, która z nich jest Waszą ulubioną? Ja na pewno idę w stronę literatury rosyjskiej, ale konkretnie nie mogę się zdecydować.