Wyzwanie 10x10 – dlaczego prawdopodobnie nie wezmę w nim już więcej udziału?

Po raz trzeci już dołączyłam do wyzwania 10x10 organizowanego przez Dorotę z bloga Kameralna. O zasadach pisałam już wcześniej, nie będę ich więc powtarzać Dla niewtajemniczonych powiem tylko, że w dużym skrócie cała trudność polega na tym, że przez dziesięć dni nosimy tylko dziesięć wybranych przez siebie rzeczy.


Jak było?

- Podobnie jak ostatnim razem, ubrania wyjmowałam z szafy (tzn. zdejmowałam z wieszaków) spontanicznie, nie planowałam nic wcześniej zestawów jak za pierwszym razem.
- Zdecydowałam się na siedem ubrań i dwie pary butów, czyli łącznie siedem rzeczy
- Dwie rzeczy z dziewięciu założyłam tylko raz lub dwa. Były to granatowa marynarka i czarne oksfordki – rzeczy, które dotychczas uważałam za swoje ulubione. Marynarkę mam od końca podstawówki, buty – od początku studiów.

Czego się nauczyłam?

- Nie jest to jakimś super odkryciem tej edycji, ale sukienka noszona w roli spódnicy to zawsze dobry pomysł.
- Inaczej rzecz ma się z noszeniem kombinezowu w połączeniu ze swetrem. Chodzenie do toalety ciągnęło się w nieskończoność.
- O dziwo nie ciągnęło mnie też jakoś do dodatków. Wyzwanie trafiło na okres, w którym prawie codziennie byłam poza domem w godzinach 8-20, nie miałam więc ochoty na zbędne szaleństwa.
- Najlepiej sprawdził się stały zestaw dodatków – zegarek z cerkwią Wasyla Błogosławionego i pierścionek, który dostałam w prezencie od pani Natalii na podmoskiewskim pchlim targu.

Dlaczego jest to prawdopodobnie ostatni raz, kiedy biorę udział w wyzwaniu?

Ostatnie siedem miesięcy spędziłam na walizkach. W lutym wyjechałam z Berlina, trochę byłam w Polsce, potem cztery miesiące w Rosji, trzy – w Polsce, w miedzyczasie urlopowałam się na Ukrainie. Któregoś razu policzyłam sobie, ile rzeczy miałam do dyspozycji przez ten czas i naliczyłam jakieś czterdzieści łącznie z butami. Zaznaczam, że od lutego do października miałam do czynienia z temperaturami od jakichś minus pięciu stopni (łagodna była to zima, z tego co pamiętam) do czterdziestu w Odessie.

Kiedy w październiku wróciłam do Berlina, nawet nie wypakowywałam części ubrań. Przejrzałam tylko, co na szmaty, co do pojemnika na odzież używaną, co do sprzedania, co na szmaty i bez żalu pożegnałam się z dużą częścią swojej garderoby. Nie widzę siebie jako osoby mogącej unieść wszystko, co posiada. Nie mam też jakiejś obsesji na punkcie liczb typu „możesz posiadać tylko dziesięć, dwadzieścia, sześćdziesiąt cztery rzeczy”. Wyzwanie pokazało mi, że lubię mieć mało, życie na walizkach – że nie lubię mieć dużo.

Dlatego też myślę, że doszłam do jakiegoś etapu w organizacji szafy, w którym nie muszę się już sztucznie podpuszczać, a moje rozsądne zachowania weszły mi już w krew.  

Choć żeby było jasne, nie uważam się za minimalistkę. Przymierzam się właśnie do zakupu kilku takich samych koszulek, bo nie lubię za często robić prania, a w notatkach czeka już tekst o tym, dlaczego czasami warto mieć więcej. Z publikacją jeszcze trochę się wstrzymam, nie mogę się jednak powstrzymać od zadania Wam pytania – czego nauczyła Was moda (celowo używam tego słowa) na minimalizm? A może omijacie ją szerokim łukiem i zwyczajnie lubicie posiadać?