5 modowych zwyczajów ułatwiających życie

Znajomi często pytają, jak to się dzieje, że nie mam problemu z szafą pełną bezużytecznych ubrań. To nie jest tak, że naczytałam się poradników o minimalizmie i zredukowałam szafę do 10, 20 czy 30 elementów o ściśle przemyślanej zawartości. Ja zwyczajnie jestem dość konserwatywną osobą, a moją szafą rządzą zasady sformułowane w miarę korzystania z niej.

Dzisiaj skupię się na jednej z zasad: kluczem do sukcesu jest ograniczony wybór.

Ale jak to? Tyle czasu walczyliśmy o różnorodność, mnogość i wolność wyboru, a ja teraz chcę się ograniczać? Chcę i uwielbiam to robić. Mozliwe, że w pewien sposób nauczył mnie tego pan Wojciech Młynarski, który często mówił o tym, że teksty pisane w czasach cenzury były bardziej wyrafinowane, puszczały oko do czytelnika/słuchacza, ponieważ wielu reczy nie można było mówić wprost, a zakazy trzeba było obchodzić. W latach 90. można było wszystko, nikomu nie chciało się już zastanawiać, jakby tu puścić oko. Brak zasad rozleniwia.

Na wstępie zaznaczam, że przytoczone przeze zasady nie zostały wyczytane w żadnym poradniku stylu. Nie uważam ich też za święte czy jedyne poprawne. Wszystkie narodziły się w praniu. Od momentu, kiedy zauważyłam, że ówczesny stan odzieży do mnie nie pasuje, nie jest praktyczy, a noszone przeze mnei ubrania jedynie denerwują.Nie wyrzuciłam wszystkiego przez okno i nie pognałam na zakupy ze stylistką. Stopniowo przyglądałam się temu, co samo dzieje się wokół mnie i zapamiętywałam najlepsze rozwiązania.

 1. Tylko jeden rodzaj biżuterii naraz. Albo wcale


Jako dziecko kochałam tantedę, dalej lubię kicz, choć nie chodzę już obwieszona jak choinka. Moje uszy nie znoszą kolczyków, więc noszę je, kiedy odczuwam ogromną wewnętrzną potrzebę wystrojenia się. W tej kwestii również panuje pełna automatyzacja. Potrzeba ta nachodzi mnie w dwóch sytuacjach: kiedy mam koszmarnie zły humor lub kiedy jestem chora. Potrafię siedzieć sama w łóżku z goraczką w kolczykach i z pomalowanymi na czerwono ustami (wtedy zawsze pojawia się problem – gdzie schowała się moja pomadka, której prawie nigdy nie używam?). Nie mówię, że nie lubię biżuterii. Sznur bursztynów czy pierścionek na palcu pełnią szczególną funkcję w moim życiu. Mają dodawać energii, nawet kiedy nikt mnie nie widzi.


2. Nie noszę wszystkich kolorów


Kolega powiedział mikiedyś, że jeśli ubranie nie jest „szare, czarne, granatowe lub w kwiatki, to w mojej definicji nie jest ubraniem”. Nuda? Nigdy nie mówiłam, że nie jestem nudna. Kiedy jednak pomyślę o dwunastoletniej sobie w kanarkowo żółtych rurkach, chce mi się śmiać. O wiele lepiej czuję się, sunąc przez ulice spowita w szaroście i błękity.


3. Nie kupuję spodni


Mam jedną parę (widoczną na górze strony) kupioną – uwaga, uwaga – w H&Mie, kiedy miałam piętnaście lub szesnaście lat i jak każda nastolatka byłam koszmarnie niezadowolona ze swojego ciała. Zresztą sobie na złość kupiłam je w rozmiarze 36, bo „co ja się w nie nie zmieszczę?!”. Mam gdzieś jeszcze zdjęcie zrobione w przymierzalni – ja i spodnie dochodzące ledwo do bioder, mimo prób utrzywania brzucha na kompletnym bezdechu. Zawzięłam się wtedy i kilka tygodni później mieściłam się w nie na luzie. Dalej w nie wchodzę, ale kojarzą mi się z niepotrzebnym stresem. Sukienki w połączeniu z dopasowanymi grubością rajstopami sprawdzają się o każdej porze roku.


4. Prawie się nie maluję


Jak każda przywoita ośmiolatka smarowałam sobie w powiekę niebieski cień z gazety. Dostępu do prawdziwych kosmetyków nigdy nie miałam, bo Mama też się nie maluje. Pomalowane mam jedynie paznokcie i w tej sferze również panuje pełna automatyzacja. Moje paznokcie są albo srebrne, albo niebieskie. Zawsze pasują do ubrań ;)


5. Zakupy zawsze zaplanowane


Oczywiście, że pamiętam czasy, kiedy chodzenie na zakupy relaksowało. Kiedy jednak zdałam sobie sprawę, że – tak na chłopski rozum – niepotrzebnie wydaję pieniądze, spacer po centrum handlowym nie ma działania prozdrowotnego, a mnie jedynie boli głowa, przestałam to robić. Początkowo czułam czułam się jak na odwyku. Bardzo chciałam coś kupić albo chociaż przejść się pooglądać, ale minęło. Od lat robię zakupy jedynie z większym wyprzedzeniem. Kupuję rzadziej, ale lepiej, a zoszczędzony czas poświęcam temu, co faktycznie mnie relaksuje.


Zalety sformułowania własnych zasad

 Kiedy wiesz, w jakich kolorach czujesz się dobrze, w których ubraniach wyglądasz korzystnie, czego nigdy nie założysz, a co będziesz nosić przez kolejnych dwadzieścia lat, możesz:

Z łatwością kupować ubrania przez Internet

Często słyszę wymówki typu „kupiłabym to nawet przez Internet, ale nie mam pojęcia, jak będzie to na mnie leżeć”. Wszytsko jest kwestią wyczucia – po przymierzeniu iluś set reczy w ciągu życia, mimowolnie łapiemy wyczucie tego, jakw czym wyglądamy. Jeśli jeszcze go nie masz – próbuj.

Zainwestować bez żalu wyższą sumę w ubranie dobrej jakości

Nie będziesz żałować pieniędzy na ubrania, które Ci się nie znudzą. Najstarsza rzecz w mojej szafie kupiona przeze mnie ma 9 lat. Czy wtedy się tego spodziewałam? Nie, miałam 12 lat i najbardziej na świecie chciałam mnieć chłopaka ;) Ubraniamnie wtedy nie interesowały. Musiałabym być jednak ślepa, zeby nie zauważyć, że kurtka pasuje do wszystkiego. Nauczona doświadczeniem cztery lata później kupiłam sobie botki na obcasie. Były pierwszą drogą rzeczą w mojej szafie, ale noszę je od pięciu lat i chętnie ponoszę kolejnych dziesięć.

Świadomie i spokojnie czekać na wyprzedaże

Kiedy wiesz, czego potrzebujesz, nie działasz w popłochu. Spodziewasz się wyprzedaży, poczekasz i pół roku, żeby kupić idealnie dopasowaną do Twoich potrzeb sukienkę, spódnicę czy torebkę. Ktoś sprzątnie Ci sprzed nosa ostatnią sztukę? Nic się nie stało. Wszystkie moje zasady opierają się na jednej – w końcu to tylko ubrania. Jeśli nie ta wyprzedaż, będzie następna. Ubrania są po to, żeby – oprócz ochrony przed zimnem czy upałem – wprawiać Cię w dobre samopoczucie, a nie wyrzuty sumienia.