Jak wpłynął na mnie Berlin?

Kwestia tożsamości i elementów, z których się składa, ciekawi mnie od dawna. Jej relacja z językiem, którym mówimy, miejscem, w którym mieszkamy i tym, jak wyrażona zostaje przez ubranie, to wbrew pozorom coś innego niż sztucznie napompowane poszukiwanie-własnego-stylu.

 

Kiedy miałam 16 lat i pierwszy raz przyjechałam do Niemiec na dłużej, mój niemiecki pozostawiał wiele do życzenia. Oczy mam ciemne, podobnie włosy. Latem nosiłam się raczej kolorowo. Efekt? Wszyscy brali mnie za Rumunkę. Nigdy w Rumunii nie byłam, a o kraju tym wiem niewiele. Dziwny trafem większości napotkanych Niemców kojarzyłam się z jakąś rumuńską znajomą.

 

Coś drgnęło mniej więcej dwa lata później. Definitywnie przestałam nosić spodnie. Ubierałam się głównie w sukienki łączone z żakietami. Wtedy dostałam swój pierwszy – i jedyny jak dotąd – trench (pokazywałam go tu), po długiej przerwie wróciłam również do noszenia wysokich obcasów. Coraz częściej wyjeżdżałam też do Niemiec, a mój niemiecki znacznie się poprawił. Nie jestem w stanie zliczyć, ile razy byłam wtedy brana za Francuzkę. Kiedyś, pytając o drogę, zagadnęłam pewnego starszego pana, który szybko udzielił mi odpowiedzi, po czym dodał "byłem wczoraj w Pani ojczyźnie". Nie, nie miał na myśli Polski.

 

Kiedy jesienią 2015 roku przeprowadzilam się do Berlina, moje życie stanęło na głowie – zamiast małego miasteczka i mieszkania dzielonego z rodzicami, wielkie miasto i ciągłe przeprowadzki z jednego małego pokoju do drugiego. Trzeba było przestawić się na codzienne gotowanie, sprzątanie i zarządzanie pieniędzy. Mój sposób ubierania się znacznie się uprościł – sukienki („robią” cały strój), góry te, których nie trzeba prasować, zawęziła się również gama kolorystyczna (czarny, szary, niebieski, odrobina bieli).

 


W październiku zaczęłam studia (studiuję filologie włoską i rosyjską) i nie potrzebowałam ani walonek, ani czapki uszatki, ani koszulki z portretem komunistycznego przywódcy, by regularnie być zagajaną po rosyjsku. W metrze, na ulicy czy w pracy, zanim jeszcze odezwałam się, słyszałam rosyjskie słowa kierowane w moją stronę. W pocie czoła – siląc się na możliwie najlepszą wymowę – odpowiadałam „Нет, я из Польши”*.

O ile z żadnym innym krajem nie identyfikuję się bardziej niż z Polską, swoją domniemaną rosyjskość zamieniam na słowiańskość płynącą prosto z serca. Po półtora roku w Berlinie czuję się bardziej słowiańska niż kiedykolwiek wcześniej. Uważam to za całkiem udane zakończenie.

 

Dzisiaj żegnam się z Berlinem na siedem miesięcy. Zmierzam na Wschód. Pierwszy przystanek: Warszawa. Następny wpis opublikuję stamtąd, a kolejne już z Moskwy. Mogę tylko przypuszczać, jak potoczą się losy mojej słowiańskości. Do zobaczenia jesienią, Berlinie!

 

* Nie, z Polski.