Dlaczego nie kupuję w sieciówkach?

 

 

 

 

Jakiś czas temu moje zakupy z H&Mie i Zarze wyglądały dokładnie tak jak kilka miesięcy później te w lumpeksach – chodziłam między wieszakami i zdejmowałam z nich wszystko, co tylko wpadło mi w oko. Oczywiście pokrywało się to z tym, co przykuwało uwagę wszystkich naokoło. Ledwo toczyłam się do przymierzalni z taką ilością ubrań, jaką tylko zdołałam unieść. Następnego dnia natomiast dumnie szłam do szkoły w nowej sukience, by na miejscu dowiedzieć się, że podobną ma już co najmniej kilka dziewczyn.

 

Twierdziłam, że interesuję się modą od 2008 (celowo napisałam „twierdziłam”, bo z tym interesowaniem się to naprawdę różnie bywa), ale dopiero około dwa lata temu [w roku 2012] zaświtała mi w głowie myśl, jak bardzo jestem śmieszna. Jak mogłam składać tego typu deklaracje, mając szafę wypełnioną w 100% (!) ubraniami pochodzącymi jedynie z dwóch sklepów? Kiedy jechałam do Berlina (odpocząć, pooddychać trochę innym powietrzem – prawie jak Maria w böllowskich „Zwierzeniach klowna”) i kończyłam w H&Mie? Pamiętam siebie, stojącą w kolejce z obawą, czy aby zdążę na pociąg powrotny, ale co tam! przecież MUSIAŁAM zrobić zakupy.

 

Zakupy w sklepach tego typu generują coś w rodzaju przymusu. Z jednej strony – asortyment zmienia się bardzo szybko (już nawet nie pamiętam, z jaką częstotliwością, ale na pewno nie rzadziej niż co dwa tygodnie), a jak tu zrezygnować z bycia modnym? Na samo wspomnienie kolekcji Marni dla H&Mu uśmiecham się niepewnie; uciekłam wtedy z próbnych testów gimnazjalnych, żeby tylko dorwać naszyjnik.

 

Pozostaje jeszcze drugi aspekt – niemożliwością jest przechodzenie w takich ubraniach kilku sezonów, jeżeli nosi się je na codzień. Jestem osobą, która przywiązuje się do ubrań – pamiętam, w co byłam ubrana na pokazie Krzysztofa Stróżyny albo na pierwszej w życiu imprezie. Lubię, kiedy ubrania niosą ze sobą pewne wspomnienia i zależy mi na komforcie noszenia jednej rzeczy przez długi czas. Przez kilka lat namiętnie robionych tam zakupów dorobiłam się jednej rzeczy, którą kupiłam w podstawówce, noszę do dziś i zamierzam nosić jeszcze długo. Jednak w większości przypadków kończyło się na kilku miesiącach użytkowania , choć zdarzały się i bluzki, które po dwóch tygodniach nadawały się do wyrzucenia. Zastanawiam się teraz, skąd miałam pieniądze na stałą wymianę garderoby.

 

Jakiś rok temu zaczęłam zastanawiać się nad etapem produkcji w branży odzieżowej – a tajemnicą nie jest, że ubrania powstają w zatrważających warunkach. Dostałam olśnienia niczym Konrad w Wielkiej Improwizacji. Wiem, że nie zbawię tego świata. Chętnie za to pokażę, że naprawdę nie robię zakupów w sieciówkach (dalej oddycham!) i opowiem, jakie widzę inne możliwości zdobywania ubrań. Nikt przecież nie powiedział, że wszystko trzeba kupować.

 

/tekst opublikowany pierwotnie 30 września 2014/